Stanley otworzył oczy. Spojrzał na zegarek. Była 6:30
Nie chciało mu się wstawać, ale wiedział, że skoro już się obudził to drugi raz nie zaśnie. Wszystko też przez ten hałas.
Wczoraj mocno zabalował. Urodziny przyjaciela, dobre wino, głośna muzyka. Ale już od paru dni narzekał na potężny ból uszu. Tak, wpierw myślał, że to ból głowy, ale lekarz u którego był z wizytą jasno się wyraził, że to nie głowa a uszy. Przeszkadza mu to w pracy cholernie. W domu również, bo nie może nawet telewizji pooglądać. Ale czuł, że coś jest nie tak…
Wczoraj, na przykład, słyszał co oglądała jego sąsiadka z drugiego piętra. A ponieważ jest to kobieta starsza i strasznie pewna siebie, nie pozwoliła sobie wmówić, że jej odbiornik gra zdecydowanie za głośno. Innym razem nie mógł wytrzymać odgłosów młotów pneumatycznych, wiertarek i innych narzędzi, których używali robotnicy. Problem w tym, że zajmowali się oni naprawą budynku leżącego po przeciwnej stronie…
Stanley cały czas zastanawiał się czy aby na pewno wszystko z nim jest dobrze. Wydawało mu się, że o takich rzeczach nie mówili na biologii…
Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. Ubrał się w pośpiechu i podbiegł, pociągając za klamkę. W drzwiach stała urocza, brązowowłosa dziewczyna.
- Witam – odezwała się – Nazywam się Rachel Evans. Przysłano mnie z Marvel Corporation.
- Aaa… Pani w jakiej sprawie? – spytał nieco zbity z tropu.
- Chciałabym z panem porozmawiać… na pewien temat.
- Proszę wejść do środka – odparł, i gestem zaprosił dziewczynę do pokoju.
Rachel przeszła się nieco po mieszkaniu Stan’a. Wyglądała, jakby przeprowadzała jakąś inspekcję…
- To… w czym mogę pani pomóc? – zapytał ponownie.
- Ach, jaka pani! – odparła z uśmiechem – Mówmy sobie po imieniu. Rachel.
- Stanley. No więc, Rachel… Co cię tu sprowadza?
Dziewczyna wyglądała na nieco zmieszaną.
- No cóż… Nie wiem jakby to ująć… Ale mamy pewne podejrzenia, żeby myśleć o tobie jako o wyjątkowej osobie, Stan.
Chłopak zrobił zdziwioną minę.
- Wyjątkowej… osobie?
- Tak. Widzisz… Na pewno zauważyłeś ostatnio pewne zmiany, prawda?
- No… Jakby to powiedzieć… Są pewne rzeczy, które niepokoją mnie, ale mimo to postanowiłem je zignorować.
- Co na przykład?
Stanley zmieszał się. Jak miał opowiedzieć jakiejś zwykłej dziewczynie, że bolą go… uszy?
- Eee… No… Widzisz… Jakby to ująć w bardziej profesjonalnym języku… Jestem wrażliwy na dźwięki.
- Naprawdę? - spytała ze zdziwieniem.
- No tak. Słyszę bardzo wyraźnie nawet najcichsze szepty albo odgłosy ze znacznej odległości. To bywa irytujące… I wychodzi jakoś tak samo z siebie…
- To wspaniale!
- Tak?
- Oczywiście! Właśnie takich ludzi szukamy!
- Z problemami laryngologicznymi?
- Nie. Chodzi o twoją zdolność, Stanley.
- Jaką… zdolność?
- To co potrafisz… Doskonały słuch… To może przerodzić się nawet w manipulację dźwiękową… Wytwarzanie barier… Masz pełne możliwości!
- O czym ty mówisz? Jaki doskonały słuch, jaka… manipulacja dźwiękowa?
- Posiadasz zdolności. Nadzwyczajne zdolności. Są inni mutanci, którzy coś potrafią, jak telekineza czy teleportacja. Ale ty posiadasz akurat taką. O wszystkim decydują twoje geny oraz oczywiście ich mutacja…
- Więc twierdzisz, że potrafię coś czego nie potrafią inni?
- Dokładnie. Jesteś wyjątkowy. Jak każdy mutant.
Stanley pomyślał przez chwilę. W sumie Rachel miała rację. Trudno inaczej wyjaśnić jego bolące uszy. To z pewnością efekty braku kontroli nad tą mocą… Tylko co zrobić aby nad nią zapanować?
- Możemy ci pomóc kontrolować twoją zdolność – odezwała się.
- My? – powtórzył.
- Marvel Corporation. Zajmujemy się takimi ludźmi. Werbujemy ich i pomagamy im rozwijać te nadzwyczajne moce, wykorzystywać w dobrych celach – aby pomagać ludziom.
- To naprawdę miła oferta, ale… Jak mnie znaleźliście?
- Nie było to akurat zbyt trudne. Mamy swoje… źródła. Są inni mutanci, pamiętaj o tym.
- A, tak. No cóż… Chyba nie mam wyboru, co?
- Oczywiście, że masz. Ale wielu mutantów ma problem z zapanowaniem nad swoją mocą na początku. To długa i ciężka droga. Sam możesz nie dać rady. Mówiąc szczerze… Wielu, którzy stracili kontrolę nad swoją zdolnością po prostu umarli.
- Umarli?
- Tak. Czasem trudno jest nad tym zapanować. Ty sam masz z tym problemy, prawda?
- Prawda… Ale nie myślałem, że to aż takie poważne… Że może przynieść takie śmiertelne skutki…
- Niestety może. Więc – czy decydujesz się na dołączenie do nas?
Stanley zawahał się przez chwilę. Jakaś obca baba przyszła mu do mieszkania i nawija o jakichś supermocach, oferując mu jeszcze jakąś pracę?
- To jest płatne? – spytał.
- Oczywiście, że nie! To całkowicie darmowe.
- Więc jak wy zarabiacie na życie?
- Mamy bardzo bogatych sponsorów. Poza tym – lepiej przeciągać takich ludzi jak ty na swoją stronę, niż pozwolić im walczyć przeciwko, prawda?
- Prawda.
Pomyślał jeszcze przez chwilę. Nie wiedział nawet do końca na co się decyduje, czy można im ufać. Ale…
- Zgadzam się – odparł w końcu.
- Naprawdę? To świetnie!
- A więc.. Kiedy mogę przyjść?
- Ja spotkam się z Tobą. A potem pojedziemy razem do firmy. A teraz wybacz, ale mam jeszcze kilka spraw do załatwienia.
- Jasne, jasne… To do jutra – pożegnał się, otwierając Rachel drzwi.
- Do jutra – odparła uśmiechając się.
Rachel opuściła blok mieszkalny i wyszła na ulice Nowego Jorku. Wyjęła z kieszeni telefon wybrała odpowiedni kontakt. Po chwili odezwał się wybrany numer.
- To ja – odezwała się – Wszystko załatwione. Oczywiście. Nie miał żadnych oporów. To było prostsze, niż by się wydawało. Jutro, u niego. Tak jak zawsze. Wiem, jestem wspaniała! Zwerbowałam kolejnego naiwnego frajera. Do zobaczenia w firmie.